Waiheke była trzecią wyspą, którą odwiedziłem przy okazji pobytu w Auckland (po Rangitoto i Motutapu). Fantastyczne plaże, sporty wodne, wycieczki piesze, wędkarstwo, winiarnie. Wydaje się, że tutaj naprawdę ciężko o nudę. Mieszkańcy Auckland są wielkimi szczęściarzami, mogąc wyskoczyć tu nawet na kilka godzin i oderwać się od wielkomiejskiego zgiełku.
Jak dotrzeć na Waiheke?
Na wyspę można łatwo dotrzeć z Fullers 360. Rejs promem z centrum Auckland trwa około 40 minut i kosztuje 42 NZD w obie strony.
Zbliżając się do zatoki Matatia
Jak poruszać się na wyspie?
Po przybyciu na terminal promowy w zatoce Matatia, kupiłem jednodniowy bilet na lokalne autobusy. Kursują one w różne miejsca na wyspie z wieloma przystankami po drodze, a koszt to około 10 NZD.
Istnieje również droższa alternatywa – autobus typu HOP-ON HOP-OFF obsługiwany przez Fullers 360. Jego przystanki ograniczone są do atrakcji turystycznych i winiarni. Bilet łączony, obejmujący rejs promem w obie strony oraz autobus kosztuje 68 NZD. O ile nie masz zamiaru docierać do miejsc poza trasą transportu publicznego, a odwiedzanymi przez HOP-ON HOP-OFF busa, nie widzę korzyści z wyboru tej opcji.
Inne możliwe środki transportu na wyspie to wypożyczone rowery, skutery, samochody lub po prostu taksówki.
1 dniowy plan podróży
Pierwszy prom z Auckland do Waiheke odpływał o 8 rano i żeby mieć jak najwięcej czasu na wyspie, oczywiście byłem na pokładzie. Poranek wydawał się być bardzo pochmurny, ale wkrótce po przybyciu do Matatia Bay słońce zaczynało już palić przez chmury. Nie powtórzyłem błędu z wypadu na Rangitoto i jeszcze na promie nałożyłem krem przeciwsłoneczny na odsłoniętą skórę.
Kupiłem całodzienny bilet na lokalne autobusy i wsiadłem do linii 502 jadącej w kierunku Rocky Bay. Kierowca wydawał się być zaskoczony, kiedy powiedziałem gdzie zmierzam i przez krótką chwilę zawahałem się czy czegoś nie pokręciłem. Koniec końców, nie zmieniłem zdania. Im mniej popularne miejsce, tym lepiej!
Powodem, dla którego się tam udałem był Park Regionalny Whakanewha. Niesamowite miejsce, w którym prawdopodobnie mógłbym spędzić cały dzień, błąkając się powoli po wytyczonych szlakach. Do przypływu wciąż pozostało trochę czasu, a ocean wyglądał raczej jak spokojna kałuża.
Poranek w Rocky BayPark Regionalny Whakanewha ma wiele szlaków pieszych
Najpierw podążałem szlakiem Dotties Lane Track, a potem przeszedłem dwie małe pętle: Rua Loop Track i Pa Look Track. Po tym ruszyłem w kierunku Cascades Stream z małymi wodospadami, idąc Nikau Track, który później łączy się z Tarata Track. Wszystkie z nich były niezwykle malowniczymi trasami w zupełnie nowym dla mnie typie lasu. Przynajmniej wtedy, bo kolejne 3 miesiące w Nowej Zelandii obfitowały w jeszcze więcej przyrodniczych niespodzianek. Tutaj lokalsi nawet nie nazywają tego lasem. To busz. Wszędzie pełno paproci, palm i śpiewających ptaków.
Natura w najlepszym wydaniu!Niczym spacer pod gigantycznymi parasolamiLiście paproci to symbole Nowej Zelandii
Wizyta w Parku Regionalnym Whakanewha zajęła mi około 2-3 godzin. Szczegółowa mapa jest dostępna na stronie internetowej Rady Miasta Auckland.
Moim kolejnym celem była plaża Onetangi. Ze względu na godziny szczytu, autobusy wydawały się być napakowane po brzegi turystami. Mapy Google pokazały, że piechotą to tylko około godziny, głównie szlakiem Waiheke Cross-Island Walkway. Dodatkowo, po drodze można było zwiedzić Muzeum Waiheke. Same zalety, więc ruszyłem 🙂
Jest tu zrekonstruowana szopa z eksponatami, kilka starych domów, centrala telefoniczna i więzienie. Warto zatrzymać się i poznać historię wyspy. Wejście nic nie kosztuje, sugerowana jest darowizna.
Stare budynki w Muzeum WeihekeMuzeum Waiheke to dobry przystanek między Rocky Bay a Onetangi Beach
Plaża Onetangi miała ładny piasek, a małe fale sprzyjały kąpielom. Było tam również znacznie mniej ludzi niż się spodziewałem. Przyjemne miejsce na lunch i odpoczynek.
Spokojna plaża OnetangiWidok na jachty oraz wzgórzaKrótka kąpiel to najlepszy sposób na nabranie nowej energii
Ponownie złapałem autobus 502, tym razem w kierunku plaży Blackpool. Spokojne miejsce, popularne wśród kitesurferów, do tego kilka zacumowanych jachtów. Idąc dalej wzdłuż The Esplanade, niespodziewanie ujrzałem malowniczy wrak statku widoczny w pełnej okazałości w czasie odpływu. To kadłub łodzi handlowej Rahir.
Kitesurfer wykorzystujący doskonałe warunki przy plaży BlackpoolNiespodziewane odkrycie – wrak statkuKadłub łodzi handlowej Rahir widoczny w czasie odpływu
Jak wspomniałem wcześniej, wyspa Waiheke słynie z dwóch atrakcji: plaż oraz winnic. Plaże już sprawdziłem. Nadszedł czas na przerwę i degustację wina. Najbliższej znajdowała się winiarnia i restauracja Mudbrick. Za 10 NZD miałem okazję spróbować 3 z ich produktów. Smakowały doskonale, szczególnie na uroczym zacienionym tarasie.
Wzgórza porośnięte winnicami
Ostatnim przystankiem była plaża Oneroa, około pół godziny spaceru z winnicy. Jest to bardzo dostępne i popularne miejsce, ze względu na położenie blisko terminalu portowego. Plaża bez większej historii i atmosfery i zdecydowanie moja najmniej ulubiona na Weiheke.
1 dzień spędzony na wyspie w 100% spełnił moje oczekiwania. Czy mógłbym zostać dłużej? Jak najbardziej. Przy tak wielu atrakcjach i miejscach do zobaczenia, czas leci bardzo szybko. A jeśli dopadnie Cię zmęczenie, nie ma nic lepszego niż kieliszek wina lub relaks na plaży.
Plan na ten etap był początkowo ambitniejszy, ale warunki pogodowe szybko go zweryfikowały. Rozpoczynając w Kudowie Zdroju, skręciłem w ulicę Słoneczną mijając Ekocentrum Parku Narodowego Gór Stołowych. Następnie, przecinając drogę prowadzącą do Dańczowa, dotarłem do Przełęczy Lewińskiej (535 m n.p.m.), około 6 km od punktu startowego.
Trasa: Kudowa Zdrój – Duszniki Zdrój Dystans: ~ 15 km
Widoki były niezłe, mimo ponurej i mglistej pogody. Szlak poprowadził mnie przez pola i w jednym miejscu musiałem pokonać zamkniętą bramę, z małymi drewnianymi schodkami umożliwiającymi przejście piechurom. Podobne spotykałem wcześniej w Alpach i w Nowej Zelandii.
Wiejskie widoki po opuszczeniu Kudowy ZdrojuSzlak wiodący pośród pastwiskBrama i schodki dla pieszych wiodące na drugą stronę
Kolejne 3 kilometry łagodnego podejścia prowadzą w kierunku Grodźca (803 m n.p.m.). Tutaj musiałem się zatrzymać, aby założyć kurtkę przeciwdeszczową i pokrowiec na plecak, ponieważ początkowa mrzawka zmieniła się w ulewny deszcz. Niezbyt było to przyjemne i po raz pierwszy przyszedł mi do głowy pomysł skrócenia dzisiejszego dnia i noclegu w Dusznikach Zdroju.
Przez 2 kilometry od Grodźca było łagodnie z górki, aż dotarłem do skrzyżowania ze szlakiem niebieskim, prowadzącym w stronę ruin zamku Homole z XIII-XIV wieku. To tylko 10-15 minutowe odbicie z GSS. Najpierw idąc po drewnianej platformie, a potem schodami prowadzącymi na szczyt wzgórza zamkowego.
Byłem bardzo szczęśliwy widząc przed sobą ławkę. Zdjąłem plecak, zrobiłem kanapkę i cieszyłem się (krótką) chwilą bez deszczu. Nie było tu żywej duszy, a mgła sprawiła, że atmosfera była wyjątkowa.
Jeśli chodzi o same ruiny, to do zwiedzania pozostało niewiele. Po obejściu czegoś, było kiedyś wieżą, ruszyłem w drogę powrotną.
Na szczycie wzgórza zamkowegoRuiny zamku Homole
Pozostający odcinek do Duszników Zdroju jest łatwy i delikatnie z górki. Jedyną trudnością w tych warunkach było błoto. Po około 4 kilometrach byłem już w biurze informacji turystycznej, pytając o rekomendację noclegu. Najlepszą opcją wydawało się schronisko PTTK Pod Muflonem, niestety jednak bez wolnych miejsc. W czasach COVID-19 lepiej zadzwonić i zapytać o dostępność niż iść w ciemno. Koniec konców wylądowałem w Agrotustyce u Baltazara. Spory kawałek od rynku.
Szlak prowadzący w kierunku Duszników Zdróju
Dopiero co wybiło południe, więc mając resztę dnia do dyspozycji, postanowiłem odwiedzić Muzeum Papiernictwa. Bilet kosztuje 22 zł i z powodzeniem można tu spędzić godzinę lub dwie. Stała ekspozycja opowiada o historii papieru i sposobie jego wytwarzania na Śląsku jak i na świecie. Co ciekawe, cały proces wciąż można obserwować na żywo. Dla chętnych dostepne są również warsztaty.
Muzeum Papiernictwa w Dusznikach Zdroju
Duszniki Zdrój to kolejne uzdrowiska na trasie Głównego Szlaku Sudeckiego, według mnie jedna z najbardziej urokliwych. Zabiegi lecznicze rozpoczęto w 1751 r. W 1822 r. zbudowano pijalnię wód mineralnych. W następnych latach rozwój był kontynuowany, a miasto odwiedziło wiele znanych osób, m.in. Fryderyk Chopin oraz Felix Mendelssohn-Bartholdy (niemiecki kompozytor). Warto rzucić okiem na Teatr Zdrojowy im. Fryderyka Chopina, upamiętniający pobyt i koncerty artysty w sierpniu 1826 roku, a także na rynek i otaczające go kamienice.
Murale w pobliżu rynkuMurale w pobliżu rynkuJedna z uliczek w centrum Duszników ZdrojuPijalnia wód mineralnych
To było na tyle. Pozostałą część dnia spędziłem odpoczywając, gotując oraz oglądając seriale. Takie dni na szlaku też są potrzebne 🙂
Ijen to wciąż aktywny, ale od dłuższego czasu spokojny wulkan we wschodniej Jawie. Będąc miejscem występowania naturalnego fenomenu niebieskiego ognia, przyciąga tysiące turystów gotowych wyruszyć w środku nocy, aby zobaczyć wyjątkowe płomieni na własne oczy. Możliwe jest to tylko tutaj i na Islandii!
Jak dojechać do wulkanu Ijen?
Góra Ijen znajduje się we wschodniej Jawie i najłatwiej dostać się tam promem z Bali lub z najbliższego lotniska w Surabaya. Organizatorzy wycieczek oferują jednodniowe wypady z Bali z odbiorem z hotelu i jest to popularna opcja wśród turystów. Wschodnia Jawa ma jednak znacznie więcej do zaoferowania, więc warto pomysleć o dłuższym pobycie.
Dla osób podróżujących na własną rękę, najlepiej jest zatrzymać się w Banyuwangi i tam poszukać transportu (samochód / skuter) lub zorganizowanej wycieczki.
Javalindra Homestayokazał się być doskonałą bazą wypadową do zwiedzania okolicy. Pokój jak i wspólna łazienka oraz salon były bardzo czyste. W cenę wchodzi śniadanie (smażony ryż), jest również możliwość wypożyczenia skutera. Poza tym właściciel jest po prostu przyjaznym facetem, który dodatkowo podrzucił mnie na dworzec autobusowy, kiedy miałem wyjeżdżać do Semarang.
Wspominając o planach wycieczki na Ijen, od razu dostałem maskę do oddychania, która jest obowiązkowa i przynajmniej częściowo pomaga zredukować intensywny zapach wydobywających się tam gazów. Maski można również wypożyczyć na szlaku wiodącym w stronę krateru, ale ich jakość może budzić wątpliwości.
Początek przygody
Pierwszy budzik odezwał się o 23:30. Czas zacząć nowy dzień przed zakończeniem poprzedniego! Ciężko było to dobrze zgrać, ponieważ zwykle nie kładę się spać bardzo wcześnie. Próbowałem zmusić się do snu już o 21:00, ale okazało się to wielką porażką.
Szybko spakowałem ciepłe ubrania i czapkę (szczyt znajduje się na wysokości 2799 m n.p.m., więc jest chłodno), latarkę, aparat, przekąski, założyłem buty trekkingowe i kilka minut po północy odpalałem już wypożyczony skuter.
Maski są niezbędne podczas przebywania na Ijen
Noc była zimna i ciemna, ponieważ byłem w zasadzie jedynym pojazdem na drodze. W pewnym momencie zastanawiałem się, czy podążam właściwą drogą, ale im bliżej celu, tym więcej pojawiało się samochodów. Po 1,5 godziny (tak, to dość długa jazda) dotarłem na parking, na którym pierwsze zorganizowane grupy przygotowywały się do wyjścia, pijąc gorące napoje.
Bilet wstępu kosztuje 100,00O IDR w dni powszednie i 150,000 IDR w weekendy. Za budynkiem kasy ścieżka zaczyna prowadzić pod górę, na początku łagodnie a później bardziej stromo. Jest jednak szeroka i dobrze utrzymana. Na pewno nie ma potrzeby wynajmowania przewodnika – nie da się zabłądzić. Po drodze spotkasz jednak wielu gości, którzy pracują wydobywając siarkę i znoszą ją na swoich ramionach w dużych koszach do wioski. Oferują oni odprowadzenie turystów do krateru za kolejne 150,000 lub 200,000 IDR, ponieważ i tak jest to dla nich po drodze.
Nie są to duże pieniądze, więc jeśli będziesz czuł się pewniej idąc razem z samozwańczym przewodnikiem niż na własną rękę, warto roważyć tę opcję. Sam wahałem się czy tego nie zrobić. Wyruszyłem dość wcześnie i na szlaku nie było zbyt wielu świateł czołówek, za którymi można było podążać. W takiej sytuacji można po prostu zrobić sobie krótką przerwę i poczekać na pierwszą falę turystów, a następnie przyczepić się do nich. W końcu i tak wszyscy udają się w to samo miejsce.
Od punktu początkowego, w zależności od kondycji, dotarcie do skraju kaldery zajmuje około 1 – 1,5 godziny. Tutaj możesz zdecydować, czy odbić w prawo i kontynuować wędrówkę do miejsca wschodu słońca, czy zejść do krateru i zobaczyć niebieski ogień. Oczywiście większość turystów najpierw schodzi w dół, a następnie wraca do góry na wschód słońca (zwykle około 5:00 – 5:45 w zależności od pory roku).
Tutaj szlak zmienia się w nieco trudniejszy i wiedzie po kamiennych stopniach. Nic strasznego ale zachowaj ostrożność. Wygląda to po prostu trochę gorzej niż w rzeczywistości, z powodu otaczających ciemności. Warto mieć założoną maskę przeciwgazową. Po 20 – 30 minutach będziesz już obok największego siarkowego jeziora na świecie, czekając na spektakl niebieskiego ognia. PH wody zawierającej kwas solny i siarkowy jest mniejsze niż 0,3, co oznacza, że może rozpuszczać metal. Ma wyjątkowy turkusowo-zielony kolor, którego nie zobaczysz w ciemności, ale na pewno rzuci się w oczy po wschodzie słońca.
Będąc tam, miałem szansę po prostu stać w ciszy i obserwować pracę górników. To mieszkańcy pobliskich wiosek, pracujący bez masek, idący tą samą trasą co turyści, tyle że 3-4 razy dziennie i z obciążeniem do 80 kg na plecach. Wszystko to za około 800 – 1,000 IDR za kilogram siarki. Brzmi jak żart, ale niestety to prawda. Nie ma sie co dziwić, że oferują oni swoje usługi jako przewodnik lub sprzedają małe pamiątku wykonane z siarki.
Górnik pracujący tuż obok błękitnego ogniaMałe figurki z siarki są doskonałymi pamiątkamiGórnicy sprzedający małe figurki z siarki
W końcu niebieski ogień zapłonął na dobre i jego obserwacja była naprawdę niesamowita, chociaż spodziewałem się czegoś innego Miałem wielkie szczęście być na miejscu przed wszystkimi zorganizowanymi grupami i spędziłem tam ponad 45 minut, zanim zrobiło się tłoczno. Od czasu do czasu wiatr kierował w moim kierunku chmurę gazów, ale nie było to nic niepokojącego. Nie zdejmuj maski, zamknij na moment oczy aby uniknąć podrażnienia i uważaj na sprzęt elektroniczny, który niekoniecznie lubi takie warunki.
Niebieski ogień jest wynikiem spalania gazów siarkowych. Wydobywają się one przez szczeliny w wulkanie, pod wysokim ciśnieniem i w temperaturze nawet do 600C, po czym dochodzi do zapłonu w reakcji z powietrzem. Niebieski ogień jest często mylony z lawą, ponieważ niektóre gazy zamieniają się w płynną siarkę, powoli spływając po zboczach Ijen.
Niebieski ogień
Ruszyłem z powrotem do góry i przy mijaniu tłumów turystów idących w przeciwnym kierunku byłem baaaardzo szczęśliwy, że byłem na dole znacznie wcześniej. Ich światła czołówek przypominały długi łańcuch, łączący okolice jeziora z początkiem szlaku na skraju krateru. Ruszyłem dalej w górę w kierunku punktu widokowego by podziwiać zbliżający się wschód słońca.
Wschód słońca na górze IjenWschód słońca na górze Ijen
Wyłaniające się z ciemności krajobrazy oraz kolory nieba były naprawdę imponujące. W Indonezji widziałem prawdopodobnie najwięcej wschodów słońca w swoim życiu i z pewnością był to jeden z najbardziej spektakularnych.
Na górze spotkałem grupę przyjaznych lokalsów, którzy poprosili o wspólne zdjęcie. Dlaczego nie? Z przyjemnością! Tak naprawdę, w Indonezji jest to normalnie. Jakoś nie wyobrażam sobie, żeby ktoś zatrzymał inną osobę na ulicy w Europie i z powodu innego koloru skóry prosił o selfie. W Indonezji nie ma jednak durnych i niepotrzebnych granic społecznych, a ludzie są niezwykle otwarci.
Z grupą lokalsów tuż po wschodzie słońca
Droga w dół zajęła mi zaskakująco dużo czasu, nie dlatego, że była trudna, ale raczej dlatego, że nie mogłem przestać fotografować. Jezioro wewnątrz krateru i miejsce, w którym stałem przed godziną podziwiając niebieski ogień, były teraz wyraźnie widoczne.
Ijen o wschodzie słońcaSurowy wulkaniczny krajobraz
Jeśli nie masz ochoty na spacer powrotny, lokalsi z przyjemnością zwożą leniwych turystów w dół. Wygląda to trochę niedorzecznie, ale jest to tylko kolejny sposób na dorobienie. Zdecydowanie nie można im odmówić kreatywności i determinacji.
Po powrocie na parking musiałem wytrzeć siedzenie skutera, ponieważ było całe mokre od porannej rosy. Kask od wewnątrz niestety również. Przekręciłem kluczyk i … silnik nie odpalił! Byłem pewien, że mam dość paliwa a dzień wcześniej korzystałem z tego samego skutera bez żadnych problemów. Na szczęście miejscowi, widząc podenerwowanego białasa, od razu ruszyli na pomoc i uruchomili silnik w starym stylu – z kopniaka. Indonezja była zaledwie pierwszym krajem, w którym tak często podróżowałem na skuterze, więc brakowało mi tej wiedzy 🙂 Z tym zawsze będzie kojarzyć mi się Indonezja. Nawet jeśli podróżujesz samotnie, poza utartym szlakiem i potrzebujesz pomocy – zawsze możesz na nią liczyć i w ogóle nie musisz o nią prosić. Przychodzi sama. To zupełnie inne nastawienie ludzi niż w Europie, gdzie każdy gdzieś biegnie i jest zajęty tylko sobą.
Czy poleciłbym nocną wycieczkę na Ijen?
Zdecydowanie. Nocna wycieczka na aktywny wulkan w celu podziwiania spektakularnej przyrody to zdecydowanie coś, co kocham i dobrze wpisuje się w mój podróżniczy charakter. Mogę to porównać do wejść na Semeru, Inierie czy Kerinci, także w środku nocy, aby podziwiać wschód słońca.
W porównaniu do nich, Ijen jest jednak znacznie mniej wymagający, a przez to bardziej popularny i zatłoczony.
5 wskazówek przed wyjazdem
Wyrusz wcześnie i zwiedzaj niezależnie
Zjawiając się w kraterze przed zoorganizowanymi grupami, będziesz miał wystarczająco dużo czasu, aby podziwiać niebieski ogien i zrobić ekstra fotki. Najlepiej wyruszyć z Banyuwangi około północy. Nie zawracałbym sobie głowy wykupywaniem wycieczek, ale każdy woli co innego. Z pewnością nie potrzebujesz przewodnika, aby odnaleźć się na miejscu. By dotrzeć na parking, wynajmij skuter lub samochód z kierowcą (zapytaj w miejscu zakwaterowania).
Zabierz ciepłe ubrania oraz maskę gazową
Temperatura w nocy na tej wysokości może spaść znacząco, dlatego załóż kilka warstw, by czuć się komfortowo, ale również by łatwo się rozebrać po wschodzie słońca. Po powrocie wszystkie ciuchy będą musiały trafić do prania, w przeciwnym wypadku wszyscy będą wiedzieć, że byłeś na Ijen (intensywny zapach siarki). Maskę przeciwgazową można wypożyczyć w miejscu zakwaterowania lub w drodze do krateru.
Załóż porządne buty trekkingowe
Nie jest to trudna wędrówka, ale jednak wędrówka w środku nocy i odpowiednie buty sprawią, że będzie ona o wiele przyjemniejsza, szczególnie podczas schodzenia do krateru.
Unikaj chmury gazów
Przebywając w pobliżu niebieskiego ognia, staraj się unikać chmury gazów przenoszonej przez wiatr. Jeśli zmierza w Twoim kierunku, zamknij oczy by uniknąć podrażnienia i schowaj aparat do plecaka.
Bądź przyjazny i wspieraj lokalną społeczność
Lokalski mogą być nieco nachalni w próbach nakłonienia do korzystania z ich usług jako przewodnika. Zgódź się, jeśli czujesz, że jest do dobry pomysł, lub grzecznie odmów i idź dalej. Małe figurki z siarki są świetnymi pamiątkami z tego miejsca. Warto mieć drobne i kupić kilka dla siebie lub znajomych, przy okazji wspierając ciężko pracujących górników.
Wambierzyce położone są na około 204, a Kudowa Zdrój na 232 kilometrze Głównego Szlaku Sudeckiego. To znaczy, że gdzieś między tymi dwiema miejscowościami, powinienem świętować połowę mojej przygody! Ale tego dnia nie mogłem doczekać się także z innego powodu. Trasa prowadzi przez malownicze Góry Stołowe i miałem wszelkie powody by wierzyć, że będzie przepięknie!
Trasa: Wambierzyce – Kudowa Zdrój Dystans: ~28-30 km
Początek dnia był dość ponury z powodu nudnego terenu, asfaltowych dróg i lekkiego deszczu. Zaczęło to wyglądać lepiej po 4 kilometrze, kiedy minąłem Studzienno i wszedłem do Parku Narodowego Gór Stołowych. Szlak prowadzi w górę w kierunku Rogacza (707 m n.p.m.). Zza drzew widocznych było coraz więcej przedziwnych formacji skalnych. Dokładnie to, na co czekałem!
.
Ukształtowanie terenu jest zupełnie wyjątkowe, a pochmurna i lekko mglista pogoda potęgowała odczucia. Kształty niektórych skał przypominają ogromne grzyby, stąd zresztą ich nazwa – Skalne Grzyby. Jest to wynikiem erozji piaskowca, która postępuje znacznie szybciej w niższych partiach skał. Przyznaję, że spędziłem mnóstwo czasu fotografując wszystko dookoła. Choć jak zwykle, nie ma znaczenia, ile czasu poświęcę na zdjęcia, nigdy nie jestem z nich w pełni zadowolony. Może to brak talentu, a może niekończące się dążenie do doskonałości (pewnie to pierwsze).
W każdym razie, z Rogacza do parkingu przy Burzowej Łące jest jakieś 5,5 kilometra. Jak zwykle, parkingi oznaczają więcej turystów i zasada sprawdziła się i tym razem. Mam na myśli większy ruch jak na standardy Głównego Szlaku Sudeckiego, bo zwykle ludzi raczej nie ma wcale. Nawet tu nie było tak tłoczno, jak można się było spodziewać. Turystyka w czasach COVID-19 nie wróciła jeszcze do formy.
Przejście przez drogę w pobliżu parkingu przy Burzowej Łące
Kolejne 5 kilometrów to przeważnie płaska ścieżka zwana Drogą nad Klifem. Bądź czujny! W pewnym momencie zauważysz małą, nieoznakowaną dróżkę odchodzącą w prawo. Zejdź ze szlaku i idź nią do końca (około 5 min), a zrozumiesz znaczenie tej nazwy. Następnym punktem na trasie będzie już Szczeliniec Wielki (919 m n.p.m.).
Szlak do schroniska na SzczelińcuPo kamiennych stopniach na góręWidok ze Szczelińca WielkiegoSchronisko na Szczelińcu
Mimo że czerwony szlak nie prowadzi na szczyt, trudno oprzeć się pokusie. Wejście po kamiennych schodach jest męczące, ale Szczeliniec Wielki to zdecydowanie jedna z największych atrakcji tego dnia i nie można go przegapić. Na szczycie znajduje się schronisko górskie, więc z powodzeniem można nadrobić spalone kalorie. Droga powrotna jest jeszcze ciekawsza i polecam skorzystać z płatnej alternatywy. Cena to tylko 12 zł, a spacer po niesamowitym labiryncie skalnym zajmuje około godziny Niektóre przejścią są bardzo wąskie i moga okazać się kłopotliwe z dużym plecakiem. Wszystko jest jednak do zrobienia!
Po zejściu dotarłem do Karłowa, gdzie wypada połowa GSS. Czułem dużą satysfakcję z tego, co osiągnąłem do tej pory i być może spowodowało to, że straciłem koncentrację i w rezultacie pomyliłem się skręcając za wcześnie w prawo, podążając czerwonym szlakiem ale dla biegaczy narciarskich. Szczerze mówiąc, używanie dokładnie takiego samego oznakowania jest bardzo mylące i zupełnie bezmyślne. Zajęło mi dużo czasu, zanim zdałem sobie sprawę, że coś jest nie tak. Mapa-turystyczna.pl pomogła mi się odnaleźć, ale kosztowało mnie to przynajmniej godzinę czasu i kilka bezużytecznych kilometrów w nogach. Właściwy szlak biegnie drogą asfaltową prowadzącą do Błędnych Skał, oddalonych od Karłowa o około 5 km. Musiałem przyspieszyć, ponieważ były one otwarte tylko do 17:00. Zaletą późnego przybycia (16:10) było zwiedzanie wąskich przejść w pojedynkę.
Cała atrakcja jest bardzo podobna do Szczelińca Wielkiego i po jego odwiedzeniu, nie robi już tak dużego wrażenia. Przejście z plecakiem w kilku miejscach było naprawdę trudne. Często musiałem go zdejmować i przepychać. Najlepszą opcją jest pozostawienie go przy kasie i odebranie go na końcu. Wychodzi się co prawda w innym miejscu, ale jest to bardzo blisko a samo doświadczenie będzie znacznie przyjemniejsze (plecy również będą wdzięczne).
Błędne Skały w pobliżu Kudowy ZdrojuDrewniana platforma dla pieszychPrzeciskanie się z plecakiem w Błędnych Skałach nie było łatwe
Ostatnia część dnia minęła na długim (~ 7km) zejściu do Kudowy Zdroju. Byłem bardzo, bardzo zmęczony i nadal musiałem przejść na drugą stronę miasta, ponieważ właśnie tam miałem wynajęty pokój. Nie zrozumcie mnie źle, lokalizacja była świetna, ale w tym momencie czułem w nogach każde kolejne 100 metrów. Ostatecznie Endomondo zarejestrowało 38 kilometrów.
Z pełnym przekonaniem mogę polecić Pokoje Gościnne Pod Lwami. Super sympatyczna gospodyni oraz lokalizacja bardzo blisko głównych atrakcji miasta, gdybyś chciał trochę pozwiedzać. Oczywiście, sugeruję to zrobić!
Co warto zobaczyć w Kudowie Zdroju?
Historia uzdrowiska sięga początków XVII wieku, kiedy to po raz pierwszy pojawiły się informacje o pozytywnym wpływie na zdrowie wód mineralnych z lokalnych źródeł. Zaledwie sto lat później napełnione nimi butelki były regularnie wysyłane na dwór królewski w Berlinie.
Kaplica Czaszek
W niewielkim budynku w Czermnej (jednej z dzielnic Kudowy Zdroju) na ścianach i suficie znajduje się około 23 tysiące ludzkich czaszek. Twórcą tego niezwykłego miejsca był Ojciec Tomaszek. Ludzkie szczątki walające się po na okolicznych polach były rezultatem wojny trzydziestoletniej 1618-1648, wojny siedmioletniej (1756-1763) oraz wielkiej zarazy w 1680 roku. Nikt nie był w stanie zapewnić zmarłym należytego pochówku, dlatego ksiądz postanowił się nimi zająć. Zebrał i przeniósł je do kaplicy oraz krypty. Prawdopodobnie wpadł na ten oryginalny pomysł podczas podróży do Rzymu, po wizycie w miejscowych katakumbach.
Kaplica Czaszek w Kudowie Zdroju
Park Zdrojowy
Został założony w XVIII wieku na wzór parków angielskich i znacznie rozbudowany w XIX wieku. Miłe miejsce na spacer! Jest tam małe jezioro, fontanny, a także zalesione wzgórze dla tych, którzy szukają trudniejszych szlaków. Wody mineralne są dostępne w pijalni.
Park ZdrojowySanatorium ZameczekMalownicze alejki w Parku Zdrojowym
Szlak Ginących Zawodów
Dobra okazja, aby poznać zawody, wykonywane przez naszych przodków, takie jak kowalstwo, pieczenie chleba, garncarstwo czy dziewiarstwo. Jest też mini ZOO, które powinno przyciągnąć uwagę młodszych turystów. Sam skansen jest jednak dość mały, więc jeśli nie masz nadmiaru czasu, daruj sobie.
Szlak Ginących ZawodówJest również Mini ZOOSenna atmosfera w skansenieWiatrak
Inne mniej ciekawe atrakcje turystyczne miasta to: Muzeum Minerałów, Muzeum Zabawek czy Muzeum Kultury Ludowej Pogórza Sudeckiego.
Byłem dość optymistycznie nastawiony do tego dnia. Odległość wydawała się w sam raz, bez dużej różnicy wysokości. Wyruszyłem z pensjonatu w Srebrnej Górze jak zwykle, czyli około 8 rano i 20 minut później byłem na Srebrnej Przełęczy, skąd czerwony szlak poprowadził mnie w Góry Bardzkie.
Po 4 kilometrach spokojnego spaceru doszedłem do Czeskiego Lasu (621 m n.p.m.), a po kolejnych 3 do Czerwieńczyc. Jest to typowa polska wieś, która wydawałaby się zupełnie martwa, gdyby nie biegające po ulicy kury.
Czeski Las (621 m n.p.m.)
Trasa: Srebrna Góra – Wambierzyce Dystans: ~ 25-26 km
Kolejnym celem był Słupiec. Najpierw ścieżka prowadziła przez las, by następnie przez pola uprawne prowadzić mnie w kierunku widocznych na horyzoncie bloków mieszkalnymi w centrum miasta.
Słupiec został połączony z Nową Rudą w 1973 roku. Jest to miasto górnicze, niezbyt atrakcyjne z turystycznego punktu widzenia. Zrobiłem tu jednak krótką przerwę, głównie po to, aby polatać dronem w okolicy kolorowych bloków zbudowanych dla górników jak i samej kopalni.
Widok na kopalnię w SłupcuPomnik górnika w Słupcu
Po Słupcu przyszedł czas na najtrudniejszą część dnia – 2 kilometry podejścia na Kościelec (647 m n.p.m.), gdzie znajduje się wieża widokowa (piękna panorama gwarantowana), a kawałek dalej kościół.
Wieża widokowa w KościelcuKościół w Kościelcu
Z Kościelca do Ścinawki Średniej jest około 5 km i tutaj po ostatnich deszczowych dniach, trasa zaczęła robić się bardzo błotnista. Kijki turystyczne okazały się bardzo przydatne do poruszania się po trudnym terenie i nie wylądować z ciężkim plecakiem w błocie. Droga asfaltowa zaczyna się około 2 kilometry przed wioską, więc od tego momentu moje tempo wzrasta. Niestety zaczyna padać.
Błoto na szlaku!Błotniska droga przez lasLinie kolejowa w Ścinawce Średniej
Ostatni odcinek dnia (ok. 5,5 km) prowadzi głównie przez łąki z Górami Stołowymi widocznymi na horyzoncie po prawej stronie. Mogłem sobie tylko wyobrazić, jak fajnie byłoby odpalić tu drona, ale elektronika i deszcz niekoniecznie idą w parze. W końcu ujrzałem przed sobą ogromną Bazylikę Nawiedzenia NMP w Wambierzycach.
Wambierzyce coraz bliżej!Ostatnia prosta do WambierzycPola uprawne, czerwony tulipan i Góry Stołowe
To pewnie jedno z najdziwniejszych miast na trasie GSS. Ogromna bazylika w centrum nie dziwi, Polska jest ultra-katolicka. Ale w Wambierzycach dosłownie wszystko ma biblijną nazwę, a samo miasteczko lubi być nazywane polską Jerozolimą. Z drugiej strony, tuż przed bazyliką znajduje się lokalny sklep spożywczy, gdzie miejscowi dżentelmeni stoją z piwem w ręku przez cały dzień, leniwie gawędząc. Piękny kontrast.
Jakby tego było mało, najtańszą opcją na nocleg okazał się Dom Pielgrzyma. Trochę dziwnie było nocować tam jako osoba niewierząca, ale kogo to obchodzi. Koniec konców to biznes 🙂 W restauracji podają dobrego schabowego, który również pozwala rozwiać wszelkie wątpliwości.
Tour du Mont Blanc, powszechnie znany jako TMB, to jeden z najpopularniejszych długodystansowych szlaków w Europie. Wszyscy znają Mont Blanc – najwyższą górę Europy Zachodniej (4,808 m n.p.m.), przyciągającą co roku tysiące turystów. Pierwsze udane wejście, należące do Jacquesa Balmata i Michaela Paccarda, miało miejsce 8 sierpnia 1786 roku, powodując znaczący rozkwit alpinizmu.
TMB okrąża cały masyw, pokonując dystans około 165 kilometrów na terytorium Szwajcarii, Włoch i Francji. W zależności wybranych wariantów trasy, dobrze jest przygotować nogi na trochę więcej. W moim przypadku było to ponad 180 kilometrów, ale kilkukrotnie wybierałem dłuższą i trudniejszą drogę do celu.
Podążając trasą klasyczną, najwyższy punkt osiąga się na przełęczy Grand Col Ferret (2,537 m n.p.m.). Jest ona również granicą między Włochami a Szwajcarią. Niektóre warianty prowadzą wędrowców jeszcze wyżej. Na przykład, Col des Fours lub Fenetre d’Arpette leżą na wysokości 2.665 m n.p.m.
Fenetre d’Arpette, Szwajcaria
Przejście TMB przewijało się w moich planach, odkąd ukończyłem kilka długodystansowych szlaków w Nowej Zelandii. Totalnie się zachwyciłem takim spędzaniem czasu. Plany na 2020 rok były jednak niestety kilkukrotnie modyfikowane. Miało być Camino de Santiago (Droga Francuska) w Hiszpanii, ale ostatecznie był Główny Szlak Sudeckiw Polsce (440 km). Potem znowu miało być Camino, ale liczba zakażeń COVID-19 w Hiszpanii ponownie zaczęła rosnąć. Do trzech razy sztuka? Być może. Tymczasem , moje myśli zwróciły się w kierunku Alp.
Tour Monte Rosa, Tour Matterhorn i Walker’s Haute Route – wszystkie te szlaki były kandydatami do przejścia. Nie mając wcześniejszego doświadczeń w tym regionie, wybrałem Tour du Mont Blanc jako najpopularniejszy i prawdopodobnie najłatwiejszy z nich.
Alpy widziane z pokładu samolotu
Nadszedł czas rezerwacji lotu w jedną stronę do Genewy. Nie wiedziałem jeszcze, na co przyjedzie czas po TMB, dlatego lepiej było nie wybierać konkretnej daty powrotu. Byłam pewny, że wystarczy czasu na przemyślenie i zaplanowanie kolejnych kroków podczas wędrówki lub odpoczynku w namiocie!
Kiedy ruszyć na szlak?
Najlepszym okresem (i najbardziej popularnym) na przejście TMB jest zdecydowanie lato, a dokładniej lipiec – sierpień. Czerwiec i wrzesień również mogą być ciekawą opcją, ale pogoda będzie zdecydowanie bardziej nieprzewidywalna, a na wyższych wysokościach może pojawić się sporo śniegu.
Zgodnie czy przeciwnie do ruchu wskazówek zegara?
Zdecydowałem się podążać w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara, zaczynając i kończąc w Les Houches. Jest to zdecydowanie najbardziej popularna opcja. Nie sądzę jednak, aby wybrany kierunek jakkolwiek wpływał na atrakcyjność tego szlaku.
Pierwszy dzień na TMB
Idąc w kierunku przeciwnym do ruchy wskazówek zegara, łatwiej będzie Ci nawiązywać znajomości, ponieważ codziennie widzisz te same twarze. Z kolei w drugą stronę, trasa będzie w większości pusta w godzinach porannych, dopóki nie spotkasz licznych grup idących z naprzeciwka. To daje szansę na cieszenie się bardziej spokojną atmosferą. Nie mam nic przeciwko innym turystom wokół mnie, ale każdy ma własną preferencje co do przebywania na łonie natury.
Wędrując zgodnie z ruchem wskazówek zegara (czyli mniej popularną wersją), zaleca się rozpoczęcie w innym miejscu niż Les Houches, aby uniknąć trudnego 1500 metrowego podejścia do Le Brevent już pierwszego dnia, kiedy Twoje ciało może nadal nie być przyzwyczajone do ciężkiego plecaka i zwiększonego wysiłku fizycznego. Doskonale pamiętam ten etap i nietęgie miny mozolnie idących pod górę wędrowców. Rozważ rozpoczęcie TMB w Argentiere,Champex lub Courmayeur.
Gdzie nocować?
Jeśli masz głębokie kieszenie, opcji jest mnóstwo 🙂 Kwatery prywatne, hotele, schroniska. Ja zabrałem namiot i spałem w nim każdej nocy. Oczywiście była to najbardziej budżetowa wersja, ale szczerze mówiąc nie wyobrażam sobie takiej wędrówki bez namiotu. To sprawia, że całe doświadczenie jest po prostu kompletne.
Ostatniego dnia rozbiłem namiot obok Refuge la Flegere i postanowiłem zafundować sobie porządną kolację. Jedzenie było dobre, rozmowa z innymi wędrowcami była przyjemna, ale czułem się szczęśliwy, gdy wróciłem do namiotu zaraz po posiłku. By znaleźć własny spokój i rytm.
Co więcej, nie musiałem martwić się o żadne rezerwacje. Docierałem na kemping i znajdowałem dogodne dla siebie miejsce. Wszystkie inne opcje, zwłaszcza schroniska, wymagają rezerwacji z dużym wyprzedzeniem, szczególnie w czasach COVID-19 razy, kiedy liczba miejsc jest jeszcze bardziej ograniczona.
Bezpłatny kemping w pobliżu Refuge la Flegere
Strona www.montourdumontblanc.com bardzo ułatwia planowanie. Wybierając miejsce, z którego ruszasz w danym dniu, zobaczysz listę miejsc noclegowych po drodze, w tym odległość jaka będzie do pokonania. Super rozwiązanie!
Miejsca noclegowe, z których korzystałem:
Chamonix – Camping Les Arroles Les Contamines – Camping Le Pontet Les Chapieux – darmowy kemping obok informacji turystycznej Courmayeur – Hobo Camping (aby tu dotrzeć, skorzystaj z darmowego autobusu do Val Vani) Arp Nouva – Camping Grandes Jorasses (aby tu dotrzeć, skorzystaj z darmowego autobusu do Val Ferret) La Fouly – Camping des Glaciers Champex – Camping Les Rocailles Trient – Camping La Peuty Le Flegere – darmowy kemping przy jeziorze (spytaj obsługi schroniska)
Alternatyw jest wiele i kilka z nich wymienię w osobnych artykułach poświęconych konkretnym etapom.
Rozbijanie namiotu na dziko jest niewskazane lub zabronione w zależności od kraju. Nie zdecydowałem się na to, więc nie mam wiele do powiedzenia w tym temacie. We Włoszech obozowanie jest dozwolone na wysokości powyżej 2500 m n.p.m. W Szwajcarii jest to zabronione, a we Francji nikt tak naprawdę nie wie, jakie są zasady i zwykle jest to tolerowane. Najbezpieczniej jest rozbić namiot o zachodzie słońca i zwinąć się o świcie. Oczywiście, nie pozostawiając nic za sobą.
Co spakować?
Większość mojego plecaka wypełniona była sprzętem kempingowym. Do tego trochę ciuchów i oczywiście jedzenie 🙂 Poniżej lista rzeczy:
Śpiwór – mój zapewnia komfort spania przy temperaturze nawet ok. 0 C, ale należe do osób lubiących ciepło. Na TMW w miesiącach letnich, śpiwory z poziomem komfortu 10 C też dadzą radę.
Sandały (korzystałem z tych marki KEEN i były wspaniałe do poruszania się po kempingach)
Klapki
Inne:
Lekki i szybkoschnący ręcznik
Kije trekkingowe (bardzo pomocne!)
Tableki przeciwbólowe
Kosmetyki
Chusteczki nawilżane
Worek na śmieci
Plastry na odciski i pęcherze (np. Compeed)
Okulary przeciwsłoneczne
Krem z filtrem UV
Opcjonalnie:
Bielizna termoaktywna – nie było aż tak zimno, żebym musiał jej użyć, ale miałem szczęście do pogody. Jeśli Twój śpiwór nie jest bardzo ciepły, może się przydać do spania.
Chusta typu buff – jeśli jest wietrznie, można założyć ją na głowę. Nosiłem ją również na nadgarstku by ocierać pot z czoła 🙂
Filtr do uzdatniania wody – nie przydał mi się ani razu, aczkolwiek mam go ze sobą na każdym dłuższym trekkingu „na wszelki wypadek”.
Pranie robiłem prawie codziennie, a następnego dnia mój plecak wyglądał jak choinka ze skarpetkami jako dekoracjami. Był to jednak jedyny sposób, aby je wysuszyć.
Jeśli chodzi o jedzenie, po drodze można uzupełniać zapasy, więc nie ma potrzeby nosić zbyt wiele. Zwykle miałem zapas jedzenia na 2 dni, na wypadek nagłego załamania pogody lub wymuszonego postoju z innych przyczyn.
Poniżej przykłady, co zwykle jem na szlaku:
Śniadanie:
Chleb z dżemem, miodem lub masłem orzechowym
Płatki lub owsianka błyskawiczna z rodzynkami
Herbatniki
Mleko w proszku
Banany
Kawa lub herbata
Obiad:
Chleb
Ser
Salami
Kiełbaski / kabanosy
Zupki błyskawiczne
Kawa lub herbata
Kolacja:
Ryż lub makaron błyskawiczny
Tuńczyk lub kurczach w puszce
Zupki błyskawiczne
Danie liofilizowane
Kawa lub herbata
Przekąski:
Czekolada
Batony z musli
Herbatniki
Orzechy
Jak dojechać?
Większość turystów przylatuje do Genewy i kontynuuje podróż autobusem do Chamonix. Zrobiłem dokładnie tak samo. Zarezerwowałem miejsce w busie firmy Mountain Drop-Offs, co kosztowało mnie 40 EUR. Tak się złożyło, że byłem jedynym pasażerem – idealnie w czasach COVID-19. Znalezienie ich stanowiska na lotnisku było bardzo proste, a trochę ponad godzinę później byłem już na kempingu w Chamonix.
W drodze powrotnej skorzystałem z usług BlaBlaBus. Transfer trwał trochę dłużej, ale był znacznie tańszy (około 22-25 EUR).
Podróż pociągiem też jest możliwa, ale znacznie bardziej skomplikowana i zwykle wymaga dwukrotnej przesiadki.
Oznaczenia szlaku
Budżet
W sumie wydałem ok. 300 EUR, zaczynając od dnia 0 po przyjeździe do Chamonix, kiedy kupiłem butlę z gazem, zapalniczkę, sznurowadła i trochę jedzenia. Do tego należy doliczyć bilet lotniczy i transport z lotniska w Genewie.
Najdroższe były kempingi w Szwajcarii: ok. 17-22 EUR za noc. Wyjątkiem był La Peuty za jedyne 6 EUR, ale warunki bardzo podstawowe (co nie znaczy, że nie wystarczające). We Francji rozstawienie namiotu kosztowało zwykle 10-12 EUR, a we Włoszech 12-15 EUR za noc.
Wszystkie inne koszty związane były głównie z jedzeniem. Spaghetti bolognese, pizza, panini, burger, a nawet McDonald’s po powrocie do Chamonix 🙂 Mimo, że zaopatrywałem się głównie w supermarketach i gotowałem samemu, posiłki w schroniskach kuszą. Kuszą nawet bardziej kiedy jesteśmy zmęczeni, więc kilkukrotnie uległem.
Mój plan trekkingu:
Ukończenie szlaku zajęło mi 9 dni. Wybrałem kilka trudniejszych wariantów, przez co trasa była nieco różniła się od standardowej. Niektórzy pokonują ją szybciej, inni wolniej. Nie ma to absolutnie żadnego znaczenia. Nie śpiesz się. Podziwiaj widoki i obcuj z przyrodą.
Planowałem zrobić sobie dzień wolny, kiedy pogoda się popsuje i będzie deszczowo, ale nigdy do tego nie doszło, więc każdego dnia spałem w innym miejscu 🙂 Nie było sensu marnować tak doskonałych warunków pogodowych!
Dzień 1: Les Houches – Les Contamines (przez Refuge de Miage) Dzień 2: Les Contamines – Les Chapieux Dzień 3: Les Chapieux – Courmayeur (przez Refugio Maison Vieille) Dzień 4: Courmayeur – Arp Nouva (przez Col Sapin) Dzień 5: Arp Nouva – La Fouly Dzień 6: La Fouly – Champex Dzień 7: Champex – Trient (przez Fenettre d’Arpette) Dzień 8: Trient – La Flegere (przez Lac Blanc) Dzień 9: La Flegere – Les Houches
Col de la Seigne – granica między Francją a Włochami
Podsumowanie
Tour du Mont Blanc jest absolutnie niesamowitym szlakiem. Właściwie to pierwszy szlak, który czuje że mógłbym przejść jeszcze raz i to natychmiast. Planowanie etapów, podziwianie spektakularnych alpejskich krajobrazów oraz uczucie satysfakcji z dotarcia na kemping. Rozbijanie namiotu, przygotowywanie obiadu na kuchence turystycznej. Wszystko to z dala od codziennej rutyny. Wiedząc, że następny dzień przyniesie jeszcze więcej pozytywnych wspomnień.
Trudno opisać to o czym się myśli ostatniego dnia. Z jednej strony ostatnie kilometry do Les Houches pokonywałem bardzo zmęczony. Z drugiej jednak, nie mogłem przestać się uśmiechać, wspominając przygotowania, lot do Genewy, bus do Chamonix i wszystko czego doświadczyłem. Przygoda dobiegła końca, ale cóż to była za przygoda!
Jeśli jesteś entuzjastą pieszych wędrówek i myślisz o szlaku długodystansowym w Alpach, TMB Cię nie zawiedzie. Zrób to teraz, nie odkładaj planów na później, bo później może nigdy nie nadejść. Wspomnienia pozostaną z Tobą na zawsze.
Noc w Zygmuntówce była spokojna. Schronisko było niemal całkowicie puste i miałem cały pokój dla siebie. Wygląda na to, że wczesny etap pandemii COVID-19 wygrał z większością miłośników przyrody.
Plan na ten dzień zakładał dotarcie do Srebrnej Góry i spędzenie tam popołudnia wypełnionego zwiedzaniem zabytkowych twierdz. Prognoza pogody była zła i niestety rzeczywiście tak było. Z perspektywy trekkingu był to jeden z najgorszych dni na szlaku. Szedłem po prostu, żeby pokonać dystans, bez żadnych postojów ani pięknych widoków po drodze. Tylko chmury, mgła i deszcz.
Trasa: PTTK Zygmuntówka – Srebrna Góra Dystans: ~ 17 km
Szlak zaczyna się od dość konkretnego podejścia i po 15 minutach musiałem się zatrzymać, żeby zdjąć jedną warstwę ubrań. Wędrówki przy takiej pogodzie są zawsze dziwne. Jeśli się zatrzymasz, natychmiast jest ci zimno. Jeśli jesteś w ruchu, jest ci za ciepło i się pocisz. Niedługo potem zaczęło padać, więc nie musiałem się już martwić poceniem.
Po około 2,5 km od Zygmuntówki dotarłem do wieży widokowej Kalenica (964 m n.p.m.). Wchodzenie na nią było bezcelowe, zwłaszcza że szczyt znikał we mgle. Ja jednak wszedłem mimo wszystko, naiwnie myśląc, że chmury w magiczny sposób znikną. Nie zniknęły.
Kolejne 5 km to zejście przez Popielak (856 m n.p.m.) i Wigancicką Polankę (794 m n.p.m.) do Przełęczy Woliborskiej (711 m n.p.m.). Tutaj jest skrzyżowanie z drogą 384 i parking dla spacerowiczów, tego dnia kompletnie pusty. Dla normalnych ludzi dzień jak ten to zwykle oglądanie seriali i filmów lub czytanie książki z gorącą herbatą i przekąskami na wygodnej kanapie, zamiast wędrówki w deszczu.
Ponownie się zgrzałem idąc pod górę w stronę Szerokiej (826 m n.p.m.), by po chwili zejść na Przełęcz pod Szeroką (764 m n.p.m.). Szlak cały czas wiedzie przez las i poza jedną straconą okazją do podziwiania widoków z wieży widokowej Kalenica, prawdopodobnie nie przegapiłem zbyt wiele, nawet biorąc pod uwagę gęstą mgłę.
Ach… jeśli się zastanawiasz, dlaczego na razie nie ma żadnych zdjęć, to dlatego że mój aparat był głęboko w plecaku, zabezpieczony plastikową torbą.
Kolejny kilometr doprowadza mnie do Malinowej (839 m n.p.m.), skąd pozostaje już łatwe i łagodne zejście w dół (~ 6 km) do Srebrnej Przełęczy (568 m n.p.m.). Słynna twierdza znajduje się tuż po mojej lewej stronie, ale zwiedzanie w przemoczonych ubraniach nie należy do najprzyjemniejszych, dlatego najpierw udaję się do pensjonatu. Schodzę z czerwonego szlaku i idę asfaltową drogą w kierunku centrum miasta.
Domy w centrum Srebrnej GóryZdecydowanie lepsza pogoda w drugiej części dnia!Srebrna Góra z lotu ptaka
Dom Wypoczynkowy „Pod Fortami” na ulicy Widokowej 1 był niedrogi i miał całkiem dobre recenzje. Właścicielka okazała się być bardzo miła i zaproponowała, że weźmie moje mokre buty i położy je obok pieca, żeby szybciej wyschły. Nie ma nic gorszego niż mokre buty, więc byłem bardzo wdzięczny!
Co warto zobaczyć w Srebrnej Górze
Po absurdalnie długim, gorącym prysznicu nadszedł czas, aby zobaczyć, co miasto rozciągające się wzdłuż stromej doliny ma do zaoferowania. Jego nazwa pochodzi od odkrytych na tym terenie złóż srebra, które niestety nie były zbyt obfite.
Kompleks forteczny jest otwarty dla turystów i sprawia, że miasto cieszy się dużą popularnością wśród zwiedzających Dolny Śląsk. Można zakupić bilet łączony za 34 zł, dający prawo wstępu do dwóch głównych obiektów (nie musi to być tego samego dnia).
Twierdza Srebrna Góra
Przy jej budowie trwającej zaledwie 12 lat (1765-1777), zatrudniono ogromną liczbę pruskich robotników (4 tys. osób, dodatkowo wspieranych przez miejscową ludność). Atak armii Napoleona w 1807 roku został odparty, a twierdza może pochwalić się tytułem nigdy nie zdobytej. Magazyny, studnie, zbrojownia, kaplica, więzienie, szpital, piekarnia, browar, warsztat rzemieślniczy, prochownia – wszystko to znajdowało się na terenie Donżonu, zapewniając jego samowystarczalność przez wiele miesięcy. Do dziś jest to największa górska twierdza w Europie.
Wycieczka z przewodnikiem w mundurze historycznego pułku z epoki napoleońskiej była na najwyższym poziomie, prezentując ciekawe informacje o służbie i życiu w twierdzy. Na koniec zademonstrowano strzał z broni palnej. Ależ huk! Trudno sobie wyobrazić przebywanie w twierdzy podczas prawdziwej bitwy.
Twierdza Srebrna GóraTwierdza Srebrna GóraPanorama z Twierdzy Srebrna Góra
Fort Spitzberg-Ostróg
Zbudowany w latach 1769-72 na szczycie Góry Ostróg (627 m n.p.m.), a jego głównym celem było zablokowanie Srebrnej Przełęczy i obrona południowej flanki głównego fortu. Dziś można go zwiedzać z przewodnikiem, który jest całkiem dobrym aktorem i sprawia, że jest to bardzo przyjemnie spędzona godzina. W latach trzydziestych XX wieku był to ośrodek szkoleniowy Hitlerjugend, podczas gdy w okresie II wojny światowej znajdowało się tam surowe więzienie, a później obóz jeniecki dla wysokich rangą oficerów Wojska Polskiego.
Fort Spitzberg-OstrógFort Spitzberg-Ostróg
Fort Wysoka Skała
Najmniej popularny i imponujący ze wszystkich fortów w Srebrnej Górze. Jego celem była obrona podejścia do głównego fortu oraz kontrola miasta i okolicznych wzgórz. Został niedawno odnowiony i powinien być dostępny dla turystów. Zdecydowałem odłożyć jego zwiedzanie na następny raz 🙂
Wiadukty Kolei Sowiogórskiej
Kolej Sowiogórska powstała w 1902 roku i prowadziła z Dzierżoniowa do Radkowa (55 km) przez Srebrną Górę i grzbiet Gór Sowich. Miała ona służyć głównie jako atrakcja turystyczna, ale także do transportu węgla z kopalń w Słupcu i Nowej Rudzie.
Odcinek pomiędzy Srebrną Górą a Woliborzem wymagał budowy dwóch wiaduktów ceglanych: Srebrnogórskiego i Żdanowskiego. Pierwszy jest łatwo dostępny ze Srebrnej Przełęczy, a drugi jest kawałek dalej – podążaj zielonym szlakiem.
Wiadukt SrebrnogórskiWiadukt Srebrnogórski
Spacer po mieście
Srebrna Góra jest bardzo przyjemnym miasteczkiem do zwiedzania na piechotę, zwłaszcza okolice placu z kościołem Apostołów Piotra i Pawła.
Dobrym miejscem na obiad jest Stodoła – mają szeroki wybór pizzy ale również sałatki i burgery.
Dziś do przejścia prawie 30 km, więc nie ma czasu do stracenia. Podczas wędrówki lub nie, śniadanie jest zawsze ważnym posiłkiem i po prostu wpływa na nastrój na resztę dnia. Na talerzu znalazły się dwa wielkie naleśniki z serem i malinami zamówione w Andrzejówce. Pierwszy smakował wybornie i zrobił całą robotę, drugi powędrował do plastikowego pudełka i zostanie zjedzony po drodze, na łonie natury.
Szlak zaczyna się spokojnie i po niecałym kilometrze docieram do Turzyny (898 m n.p.m.), skąd kolejne 3 kilometry prowadzą do ruin zamku Rogowiec. Miłośnicy tego typu budowli mogą poczuć się zawiedzeni, ponieważ do podziwiania nie ma kompletnie nic, ale to miejsce służy jako punkt widokowy i właśnie dla widoku warto tu zajrzeć. Na skrzyżowaniu szlaków, zejdź z czerwonego i podążaj żółtym aż do ruin. Po prawej stronie wzgórza żółty szlak kontynuuje w dół. Idź nim aż do momentu, gdy ponownie połączy się z czerwonym.
Ruiny zamku Rogowiec
Teraz pora na 2 kilometry łatwego zejścia przez las w kierunku Rybnicy Małej. To już całkiem blisko Jedliny Zdroju, ale najpierw muszę wejść na Przełęcz Wawrzyniak (568 m n.p.m.), a następnie przejść przez tory kolejowe.
Po dotarciu do zabudowań, szlak przecina drogę 381 i od razu opuszcza miasto, ale warto świadomie zbłądzić i zajrzeć do Pałacu Jedlinka. Niestety z powodu COVID-19, podczas mojego trekkingu był on otwarty dla turystów tylko w weekendy, więc nie mogłem wejść do środka. Niemniej jednak jest to piękny budynek do obejrzenia z zewnątrz,a równo przystrzyżona trawa przed nim aż prosi by odpocząć i coś przekąsić 🙂
Budynek powstał na początku XVII wieku jako barokowy dwór. W latach 1944–1945 mieścił biuro projektowe Nazistowskiej Organizacji Todta i jest ściśle powiązany z wieloma innymi nazistowskimi obiektami w Górach Sowich i Masywie Włodarza.
Tunel kolejowy w pobliżu Jedliny Zdrój
Po przerwie naleśnikowej, czas na jego intensywne spalanie. Szlak wspina się do Przełęczy Marcowej. Jest już po 13:00, więc temperatura nie ułatwia sprawy. Trasa jest jednak bardzo malownicza! Za Przełęczą Marcową robi się bardziej płasko. Spotykam tutaj parę, również idącą Głównym Szlakiem Sudeckim, ale nie za jednym razem jak ja. Podzielili go na kilka wizyt w Sudetach, co jest doskonałym rozwiązaniem jeśli nie możesz sobie pozwolić na dłuższy urlop. Facet jest prawdziwym wędrowcem z ogromnym doświadczeniem w polskich górach, więc z przyjemnością słucha się jego opowieści, a czas (i odległość) leci tak szybko, że w mgnieniu oka docieramy do Przełęczy Sokolej.
Nadciągające ciemne chmury widoczne na horyzoncie, zwiastowały załamanie pogody. Słońce paliło jak szalone i nie mogłem powstrzymać uczucia, że jest to cisza przed burzą. Do Zygmuntówki zostało niedużo, bo 8 kilometrów, ale w najtrudniejszym terenie tego dnia.
Zacząłem podejście do Wielkiej Sowy (1015m n.p.m.). Na szlaku było dużo ludzi idących na wieżę widokową. Ciemne chmury były coraz bliżej, a ja mogłem już zobaczyć podobną do latarni morskiej konstrukcję na szczycie, kiedy usłyszałem pierwszy grzmot.
Wieża widokowa na szczycie Wielkiej Sowy
Darowałem sobie wejście na wieżę i od razy ruszyłem do celu. Wygląda na to, że niewiele osób zapuszcza się dalej, ponieważ szlak nagle stał się całkowicie opuszczony. Na szczęście, prowadził głównie w dół, więc tempo miałem naprawdę szybkie. Wiatr stawał się jednak coraz silniejszy i wiedziałem, że to tylko kwestia minut, zanim poczuje na skórze pierwsze krople deszczu. Zaczęło się w pobliżu Koziej Równi, a więc 2 kilometry przed Zygmuntówką. Szybko wyjąłem kurtkę przeciwdeszczową i pokrowiec na plecak i kontynuowałem szybki marsz przez kolejny kilometr.
Nagle przestało padać, a zaczęła się ulewa. Dodatkowo, grzmoty stawało się coraz głośniejsze. We mgle zauważyłem drewnianą konstrukcję, pełną śmieci i pustych butelek po piwie, ale w tych okolicznościach wystarczająco dobrą, by spędzić tam następną godzinę, czekając, aż burza się uspokoi.
Wiedziałem, że jestem bardzo blisko schroniska, ale w takich warunkach przepychanie się na siłę nie miało sensu. Po idealnie słonecznym i gorącym dniu, kilka godzin później wszystko było zasnute chmurami, a temperatura spadała wraz z ulewnym deszczem. Częste zjawisko w górach, prawda?
Lot dronem po deszczu obfitował w piękne widokiChmury wiszące nad ZygmuntówkąWidoki z okna schroniska ZygmuntówkaSchronisko PTTK Zygmuntówka
Do schroniska dotarłem całkowicie przemoczony, ale szczęśliwy. To był trudny dzień bez idealnego zakończenia, ale może to właśnie te nieidealne zakończenia zapadają w pamięć najbardziej. Na poprawę humoru, gorąca zupa z soczewicy oraz piwo Sowie!
Główną atrakcją przyciągającą turystów do Chamonix-Mont-Blanc, powszechnie znanego jako Chamonix, jest Mont Blanc. Szczyt najwyższej góry Europy Zachodniej wznosi się na wysokość 4810 m n.p.m. Pierwsze udane wejście z 8 sierpnia 1786 roku należy do Jacquesa Balmata i Michaela Paccarda i spowodowało znaczący wzrost popularności alpinizmu.
Sporty zimowe zyskiwały na popularności w tym regionie, czego efektem były pierwsze Zimowe Igrzyska Olimpijskie zorganizowane właśnie tutaj w 1924 roku.
Mont Blanc MultiPass
Postępując zgodnie z poniższym planem, zaoszczędzisz dużo pieniędzy, kupując 1-dniową wersję Mont Blanc MultiPass. Kosztuje ona 68 EUR, podczas gdy sam bilet w dwie strony na Aiguille du Midi kosztuje 65 EUR. Warto!
Aiguille du Midi
Nie sposób przegapić ogromnej stacji kolejki linowej w centrum Chamonix. Patrząc w górę można dostrzec cel podróży, czyli górną stację na wysokości 3777 m n.p.m. z tarasem widokowym na 3842 m n.p.m. Nie można być już bliżej Mont Blanc, bez potrzeby zakładania raków i trekkingu przez śnieg. Gondola dociera tu w zaledwie około 20 minut, ruszając z wysokości 1035 m n.p.m. To jak podróż do innego świata. Świata alpejskiego.
W wagonach kolejki zwykle jest bardzo tłoczno, ale na tarasach widokowych jest dość miejsca, by w spokoju obserwować panoramę Alp Francuskich, Szwajcarskich i Włoskich, w tym okoliczną gwiazdę – Mont Blanc.
Widok na Aiguille du Midi z centrum ChamonixGórna stacja kolejki na Aiguille du Midi
Na tej wysokości jest zwykle znacznie chłodniej niż w dolinie, co potęguje silny wiatr więc weź dodatkową warstwę ubrań, ale także okulary przeciwsłoneczne i krem przeciwsłoneczny.
Znajdują się tutaj również dodatkowe atrakcje, takie jak mała wystawa, kino lub Step Into the Void. To ostatnie, to szklana klatka o długości 2,50 m, wisząca 1000 m nad przepaścią. Kolejki do wejścia do niej są zazwyczaj długie, więc nie chciałem tracić czasu na zrobienie jednego zdjęcia.
Przejazd gondolą na Aiguille du Midi jest wliczony w cenę Mont Blanc MultiPass, w przeciwnym razie podróż w obie strony to wydatek rzędu 65 EUR.
Panoramic Mont Blanc Gondola (opcjonalnie)
Niestety przejazd tą gondolą nie jest zawarty w Mont Blanc MultiPass, ale według mnie jest to najpiękniejsza i najbardziej wyjątkowa przejażdżka tego typu w regionie Chamonix. Za dodatkowe 32 EUR dostaniemy się z Aiguille du Midi do Pointe Helbronner we Włoszech, wznosząc się nad szczelinami lodowca Geant. Podróż w jedną stronę zajmuje około 30 minut.
W dole można zauważyć wielu wspinaczy, którzy rzucili wyzwanie najwyższej górze Alp, a ich namioty wyglądają jak kolorowe statki na białym morzu. Czuć atmosferę tego miejsca. Czy kiedykolwiek będę w stanie stanąć na szczycie Mont Blanc? Nie mam żadnego doświadczenia w wspinaczce górskiej, ale nigdy nie jest za późno na naukę.
Mer de Glace
Ze środkowej stacji kolejki gondolowej na Aiguille du Midi, czyli Plan de l’Aiguille du Midi, idź malowniczym szlakiem znanym jako Grand Balcon Nord w kierunku Mer de Glace. Dotarcie na miejsce zajmie około 2 – 2,5 godziny i jest to wspaniały alpejski spacer.
W języku angielskim Mer de Glace oznacza Morze Lodu. To największy lodowiec we Francji, o długości 7 km i głębokości 200 m. Będąc mocno pokrytym rumowiskiem skalnym, wcale na to nie wygląda. Ale nie spiesz się. Użyj teleobiektywu lub lornetki, a zrozumiesz, jak imponujące jest to miejsce.
Panorama lodowca Mer de Glace
Kilka lat temu musiało zapierać dech w piersiach jeszcze bardziej. Po dotarciu na stację kolejową Montevers, obejrzyj małą wystawę poświęconą historii lodowców w Glaciorium. Następnie zjedź kolejką linową w dół do jaskini lodowej. Z dolnej stacji, czeka Cię jeszcze długie zejście po metalowych platformach i schodach. Każdego roku dodawane są nowe platformy, a droga w dół staje się coraz dłuższa. Dlaczego? Niestety, lodowiec się cofa. Wzdłuż szlaku znajdują się tablice informacyjne wskazujące poziom lodowca w ostatnich latach. Tempo zmian jest naprawdę przerażające.
Sama jaskinia lodowa nie jest zbyt imponująca, ale może dlatego, że już wcześniej widziałem podobne atrakcje w Szwajcarii. Było tam również zbyt tłoczno, aby cieszyć się tym miejscem w spokoju.
W środku lodowej jaskinii
Pociąg Montevers, choć wygląda uroczo, jest bardzo popularny, a co za tym idzie zatłoczony turystami oraz wspinaczami z dużymi plecakami i sprzętem. Przejazd jest zawarty w Mont Blanc MultiPass, w przeciwnym razie bilet w jedną stronę kosztuje 28,50 EUR.
Le Brevent
Inna popularna kolej gondolowa wwozi turystów z Chamonix do Plan Praz (2000 m n.p.m.) i dalej na szczyt Le Brevent (2525 m n.p.m.). Widoki na południowe zbocze Mont Blanc są wspaniałe, a w okolicy są również malownicze szlaki piesze takie jak Grand Balcon Sud lub ten prowadzący do jeziora Cornu.
Przejazd jest zawarty w Mont Blanc MultiPass. Bez niej, bilet w obie strony kosztuje 34 EUR.
Jeśli masz w planach popularny, długodystansowy szlak Tour du Mont Blanc, Le Brevent zdobędziesz tak czy siak i w dużo bardziej satysfakcjonujący sposób, czyli pieszo. W takim przypadku, zrezygnuj z tej atrakcji.
Widok na południowe zbocze Mont BlancWidok ze szczytu Le Brevent
Chamonix
Zamiast Le Brevent, spędź popołudnie zwiedzając Muzeum Alpejskie w Chamonix. Za 6 EUR można tu spokojnie spędzić ponad godzinę, czytając o rosnącej popularności górskich wędrówek, a także historii budowy kolejek linowych i gondoli, aby sprostać zapotrzebowaniu i oczekiwaniom turystów. Wszystko to zaowocowało rozwojem Chamonix i jego transformacją w popularny francuski kurortu.
Miasteczko jest niezwykle urokliwe, pomimo liczby turystów. Spędź wieczór spacerując po ulicach. Nie przegap pomnika Balmata i Saussure’a. W 1760 roku Horace Bénédict de Saussure rzucił wyzwanie, oferując nagrodę finansową pierwszym wspinaczom, którzy staną na szczycie Mont Blanc.
Pomnik Balmata Saussure’a w Chamonix
Po kilku nieudanych próbach, 8 sierpnia 1786 roku dwóch miejscowych mężczyzn z Chamonix osiągnęło cel. Byli to Jacques Balmat i dr Michel Gabriel Paccard. Jak zawsze, każdy sukces wiąże się z pieniędzmi i budowaniem świetnej historii, która w tym przypadku wypromowała Balmata, czyniąc go lokalną gwiazdą. Rola jego towarzysza była konsekwentnie marginalizowana.
Drugi pomnik upamiętniający dr Paccarda został wzniesiony dopiero w 1986 roku. Stoi zaledwie kilka metrów dalej i dobrze odnosi się do oryginalnej historii. Paccard w samotności spokojnie patrzy na Mont Blanc, podczas gdy Balmat i Saussure, w świetle reflektorów, wskazują na szczyt z wyraźnym podekscytowaniem.
Po większości poprzedniego dnia spędzonego w Krzeszowie, kiedy pogoda była mocno w kratkę, z radością po przebudzeniu ujrzałem idealnie błękitne niebo. To zawsze daje zastrzyk energii do rozpoczęcia dnia!
Plan na dziś zakładał dotarcie do schroniska PTTK Andrzejówka i spędzenie tam nocy. Z powodu COVID-19, nie do końca można było być pewnym, które schroniska są otwarte a które nie. Dlatego zadzwoniłem, by potwierdzić dostępność. Dobre wieści! Pomimo remontu, wciąż były wolne pokoje. Po noclegu w schronisku PTTK Odrodzenie w Karkonoszach, nie mogłem doczekać się podziwiania zachodu słońca i zapadania zmierzchu w górach, zamiast szukania prywatnej kwatery w pobliskiej miejscowości lub wsi.
Trasa: Krzeszów to Andrzejówka Hut Dystans: ~ 22 km
Przez pierwsze 2 kilometry po wyjściu z Krzeszowa podchodzę w kierunku Góry Świętej Anny, skąd mogę z bliska przyjrzeć się kapliczce widzianej dzień wcześniej z drona. Stąd również po raz ostatni podziwiam panoramę Krzeszowa.
Panorama Krzeszowa widziana z Góry Świętej Anny
Kolejne 4 kilometry wiodą przez Wzgórza Krzeszowskie do miejscowości Grzędy. Przeważnie przez lesie, jednak gdy zbliżam się do celu, las zostaje w tyle i zaczynają się ogromne pola kwitnącego na żółto rzepaku. Nie mogę odmówić sobie lotu dronem, dlatego czas na krótką przerwę. Dzięki temu odkryłem coś, czego obecność wyjaśniała słyszany od kilku minut hałas – kopalnie melafiru.
Kopalnia melafiru koło GrzędPola kwitnącego na żółto rzepaku
Po przejściu przez wieś Grzędy zaczyna się najbardziej nieprzyjemny fragment dnia. Najpierw ponad 2 kilometry marszu asfaltową drogą z blisko przejeżdżającymi samochodami, a potem, gdy przychodzi czas na powrót do lasu, szlak jest tak słabo oznakowany, że zupełnie niepotrzebnie tracę dobre pół godziny. Trzeba skręcić w lewo, w drogę, która wydaje się prowadzić na podwórko czyjegoś domu. Chwile takie jak ta zawsze wzbudzają we mnie wiele frustracji. Obecnie w Internecie można znaleźć szczegółowe mapy i opisy, ale z drugiej strony, tak łatwo byłoby to oznaczyć. Jednak nikogo to nie obchodzi. Proponuję zaoszczędzić czas i nerwy i zawsze mieć pod ręką mobilną mapę, taką jak ta na stronie www.mapa-turystyczna.pl
Zmierzam dalej do Sokołowska, od którego dzieli mnie dystans ok. 10 km, ale za to ze sporym podejściem (~ 450 m). Mijam Suchą Górę (767 m n.p.m.), Wielką Lesistą (854 m n.p.m.) i Ostrosz (792 m n.p.m.).
Strome zejście z Wielkiej Lesistej prowadzi mnie do skrzyżowania z drogą 35 i znowu zaczyna się fragment po asfaltowej drodze. Niezbyt przyjemny, zwłaszcza w pełnym słońcu. Za około pół godziny jestem w Sokołowsku i tutaj chwilę szwędam się poza szlakiem, aby poznać bliżej historię tego miejsca.
WIelka Lesista (854 m n.p.m.)
W 1849 r. do wsi przybyła hrabina von Colomb. Okolica okazała się być tak przyjemną i relaksującą, że zdecydowała się ona na dość odważny krok, namawiając swojego szwagra, doktora Hermanna Brehmera, do otwarcia sanatorium. W 1855 r. powstało pierwsze na świecie specjalistyczne sanatorium dla gruźlików, a miejscowość nazwano na cześć profesora Alfreda Sokołowskiego, współpracownika Brehmera.
Zaraz po wejściu do miasta po prawej stronie ulicy znajduje się stare Sanatorium Grunwald. Po pożarze w 2005 roku, budynek do dziś pozostaje w stanie ruiny, jednak podobno trwają starania by przywrócić go do stanu dawnej świetności. Mam wrażenie, że nie wydarzy się to zbyt często.
Sanatorium Grunwald
Skręcając w prawo w ulicę Parkową docieram do cerkwi św. Michała Archanioła. Została zbudowana, aby zaspokoić religijne potrzeby pacjentów, którzy licznie przybywali z Rosji.
Cerkiew św. Michała Archanioła w Sokołowsku
Oprócz tego, miło jest po prostu pospacerować ulicami niegdyś popularnego, a dziś zapomnianego przez światowe uzdrowiska.
Z Sokołowska zaczyna się zabawa, bo według informacji zaczerpniętych z sieci, podejście do Bukowca i w Góry Suche należy do najbardziej stromych na trasie. Spotykam grupę ludzi, którzy właśnie zeszli na dół i widzę duże uśmiechy malujące na ich twarzach, kiedy widzą, że idę w przeciwną stronę. To prawda. Było stromo. Było męcząco. Nie śpieszyłem się, zrobiłem 3-4 krótkie przerwy w drodze na górę. Myślę, że głównym problemem był ciężki plecak i to, że miałem już kilkanaście kilometrów w nogach.
Widoki z podejścia do Bukowca
Stąd już tylko ~ 2,5 km do schroniska PTTK Andrzejówka, głównie przez las, mijając po lewej kolejną kopalnię melafiru. Słabo widoczna między drzewami, ale dobrze słyszalna.
Andrzejówka nie jest tak odległa, jak powinno być górskie schronisko, przynajmniej według mnie. Prowadzi tutaj asfaltowa droga, więc w ciągu dnia przewala się tutaj dużo turystów, przyjeżdżających własnymi samochodami na spacer i obiad. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że w polskich górach to raczej normalne. Schroniska górskie są jak restauracje dające dodatkowo możliwość noclegu. Nie mają zbyt wiele wspólnego z tymi, które doświadczyłem w Nowej Zelandii, gdzie musiałem nieść własne jedzenie i gaz, a jedyną dostępną wodą była deszczówka. Cóż, teraz już wiem.
Schronisko Andrzejówka
W pokoju były 2 łóżka piętrowe, ale ze względu na ograniczenia związane z COVID-19, cały pokój miałem dla siebie. Zamówiłem pierogi ruskie, szarlotkę i kawę oraz zacząłem planować kolejny dzień, relaksując się na tarasie.