Zacznę od czegoś nie tak zaskakującego – bardzo lubię podróżować. Możesz zapytać: kto nie lubi?

Słusznie.

Nie znam zbyt wiele osób, które kategorycznie odmawiają wyjazdu na wakacje. W miejsca, w których jeszcze nie byli. By doświadczyć nowej kultury, odreagować codzienny stres oraz zrobić kilka selfie momentalnie wrzucanych na Instagram z hashtagiem #paradie.

Ale potem, po 2 lub 3 tygodniach (jeśli masz szczęście), wszystko się kończy i nagle wracasz do… codziennej rutyny.

Brzmi jak standardowe wakacje, prawda?

Coraz więcej osób wybiera się w długie podróże i każdy robi to z innych powodów. Dla niektórych jest to wypalenie zawodowe, zawód miłosny, potrzeba zmienienia czegoś w swoim życiu, chęć przeżycia przygody. Jeszcze więcej osób o takiej podróży marzy, ale nigdy się na nią nie decyduje. Powodów jest jeszcze więcej i poświęcę im oddzielny artykuł. Niektóre mocno naciągane i służą jako kiepskie wymówki maskujące to co naprawdę odczuwamy. Strach przez wyjściem ze strefy komfortu.

Nigdy nie mogłem znieść wejścia na pokład samolotu do domu z tym rozczarowaniem w głowie. Czy to już naprawdę skończone? Czy naprawdę muszę czekać kolejne miesiące, aby poczuć emocje związane z podróżą? Niedosyt. Niecierpliwość.

Wiele osób lubi rutynę. Daje im oczekiwany poziom bezpieczeństwa. Co stanie się jutro? Kolejny dzień w biurze, termin goni termin, powrót do domu, kolacja, sen. Może uda się wcisnąć Netflix gdzieś pomiędzy. A potem powtórka od początku. Niektórzy mówią: „do dupy ale stabilnie”.

Robiłem dokładnie tak samo, dopóki nie postanowiłem przestać odkładać marzeń na później. Miałem 28 lat, kończyłem roczne oddelegowanie w Niemczech, byłem zmęczony pracą w korporacji i nie wiedziałem co dalej. Trudno wyobrazić sobie lepszy moment na podjęcie poważnych decyzji, prawda?

Zacząłem więc badać grunt i pytać o możliwość bezpłatnego urlopu na kilka miesięcy. Mówiąc dokładniej: 10 miesięcy.

Na początku poruszyłem ten temat raczej żartobliwie. Wkrótce jednak temat stał się coraz bardziej poważny więc konsekwentnie go drążyłem. Podekscytowanie rosło i wiedziałem, że z bezpłatnym urlopem czy bez, ale zrobię to.

Wybiorę się w kilkumiesięczną podróż!

Duże korporacje mają jedną wspólną cechę (jest ich więcej, ale wtedy tylko jedna była dla mnie istotna). Zwykle nie znikają z dnia na dzień, więc można zatrudnić się z powrotem, jeśli nie w tej firmie, to w innej. Niewielka różnica. Po krótkim okresie czasu otrzymałem zgodę od mojego pracodawcy na długoterminowy urlop. Dało mi to poczucie spokoju. Jeśli po drodze coś pójdzie nie tak, mogłem w każdej chwili wrócić do starej pracy w Gdańsku.

Wielkie pytanie pojawiło się wkrótce potem – gdzie jechać?! Mając tak dużo czasu, chciałem wybrać się do miejsc, których nie mogę łatwo odwiedzić z Europy na regularne wakacje. W mojej głowie pojawiły się dwie opcje i rozpoczęła się bitwa: Ameryka Południowa kontra Australia i Oceania.

Moim problemem jest to, że chcę być wszędzie i zobaczyć wszystko. Nie lubię odwiedzania 2-3 głównych atrakcji turystycznych w danym kraju, by potem już pędzić do kolejnego. Kupiłem bilet w jedną stronę do Auckland w Nowej Zelandii, planując spędzić tam 3 miesiące. Na tyle pozwala zwykła wiza turystyczna. Następnie kolejne 3 miesiące planowałem podróżować po Australii. A pozostały okres? Wybieganie w przyszłość z tak dużym wyprzedzeniem nie miało sensu. W zależności od samopoczucia i oczywiście budżetu, postanowiłem podjąć decyzję, gdy będę w Australii.

Nadeszła chwila pakowania i przenosin z Niemiec z powrotem do Polski. Pakowanie nigdy nie jest dla mnie zbyt uciążliwe, ale rozpakowywanie… nienawidzę tego. Na szczęście oddzieliłem od pozostałych te rzeczy, które potencjalnie zabiorę ze sobą na wyjazd. Dlatego większości pudeł nie musiałem nawet później otwierać.

Pakowanie pomogło mi zrozumieć, ilu rzeczy wciąż nie mam, ale potrzebuję! Namiot, śpiwór, mata do spania, kuchenka gazowa, buty trekkingowe. Wszystko to musiałem kupić na kilka dni przed wylotem, bez czasu na przetestowanie sprzętu w terenie.

Namiot, który zakupiłem specjalnie na ten wyjazd to MSR Elixir. Jest on przeznaczony dla 2 osób, ale lekka konstrukcja powinna zadowolić również samotnych wędrowców w pojedynkę. Dododatkowa przestrzeń bardzo się przydała!

Ostatnie spotkanie z rodziną zgrało się ze Świętami Bożego Narodzenia. Dobra okazja, aby zjeść dużo tradycyjnych potraw, zwłaszcza przed rozpoczęciem diety puszkowej bazującej na tuńczyku i kurczaku z ryżem. Dzień po świętach byłem już w pociągu na lotnisko Fryderyka Chopina w Warszawie.

Pierwszy lot z Warszawy do Pragi był w porządku. Potem z Pragi do Seulu też nieźle. Ale kiedy wsiadłem do samolotu lecącego z Seulu do Auckland (kolejne 10 godzin), zdałem sobie sprawę, że wyjeżdżam naprawdę daleko od domu.

Ah… zdałem sobie sprawę z jeszcze jednej rzeczy – że ta podróż to najlepsze z moich dotychczasowych decyzji.

Checking out traditional goulash and dumpling during first stopover in Prague.
Postój w Pradze to dobra okazja by spróbować tradycyjny gulasz z knedlikami.

To na lotnisku w Seulu natknąłem się na genialny i mało oryginalny pomysł, że będę zapisywać swoje wspomnienia z każdego dnia podróży. Głównie dla siebie, ponieważ z doświadczenia wiem, że moja pamięć nie jest tak dobra, by za kilka lat wszystko dokładnie pamiętać. Zwłaszcza, że życie w podróży jest nieco bardziej dynamiczne i obfitujące we wrażenia niż życie zawodowe.

Second stopover - Seoul airport
Nowoczesne oraz przyjazne dla podróżników lotnisko w Seulu.

Nie wziąłem laptopa, tylko kiepski telefon komórkowy i aparat fotograficzny. Ale co jest złego w tradycyjnym pisaniu w zeszycie? Niewiele. Poza tym, że pisanie bloga jest nieco trudniejsze.

Dlatego czytasz ten wpis teraz, kiedy moja podróż dobiegła już końca. Emocje z nią związane wciąż są jednak żywe. Chcę się podzielić swoimi przemyśleniami, przygodami oraz najciekawszymi miejscami napotkanymi po drodze.

Co się wydarzyło wylądowaniu w Auckland i co warto zobaczyć w największym mieście Nowej Zelandii?

Sprawdź kolejny post: Auckland – 10 najciekawszych miejsc.

Author

Write A Comment